Ludomir „Ludek” Mączka

żeglarz

1926 - 2006

miejsce pochówku:
Cmentarz Centralny w Szczecinie

żeglarz

ur. 22 maja 1926, we Lwowie, zm. 30 stycznia 2006 r. w Szczecinie

miejsce pochówku: Cmentarz Centralny w Szczecinie

Po raz pierwszy żeglował tuż po wojnie, w roli sternika wystąpił na obozie żeglarskim w 1949, w Trzebieży. Był to obóz środowiska rozwiązanego kilka miesięcy wcześniej Akademickiego Związku Morskiego. Trafił do jednej, 5-osobowej, wachty z Wojciechem Jacobsonem, z którym połączyła go wieloletnia przyjaźń. Ludomir był bardzo barwną postacią, pasjonatem militariów, po zajęciach przeczesywał więc okoliczne lasy w poszukiwaniu pamiątek po wojnie i znosił je, zwłaszcza amunicję, do domu. Ludek był niezwykle charakterystyczny i odcinał się od reszty obozowiczów; ubrany w ubrania wojskowe z demobilu, nie przywiązywał większej uwagi do zharmonizowania stroju. Ciekawe było to, że choć miał już doświadczenie żeglarskie i legitymował się patentem sternika, nie zabiegał wcale o funkcję starszego wachty. Zawsze wolał pozostawać z boku, nawet później, kiedy żeglował na swojej „Marii”. Najchętniej oddawał komendę gościom, sam wolał po prostu zająć się życiem towarzyskim i lekturą, której był wielkim pasjonatem. Nigdy nie zdradzał aspiracji kapitańskich, ale wiedział także, że aby być zupełnie wolnym to właśnie musiał na siebie wziąć ciężar przygotowań i późniejszego prowadzenia jachtu.

Ludomir Mączka (z lewej) i Wojciech Jacobson podczas rejsu na "Marii.
fot. archiwum Wojciecha Jacobsona

Zakochał się w Zalewie Szczecińskim, bardzo mu się tam podobało i polubił Trzebież. Poznał także Szczecin i już wówczas myślał o przeprowadzce bliżej morza. Bardzo spodobały mu  się stosunki personalne szczecińskich żeglarzy, atmosfera życzliwości i pewnego braterstwa. Kolejny cały sezon spędził już w Trzebieży, nie do końca legalnie, a koledzy przynosili mu chleb ze stołówki, bo z finansami było wówczas u niego  krucho. W kolejnych latach spędzał kilka tygodni nad Zalewem Szczecińskim, na ile pozwalał mu urlop, do Wrocławia, gdzie wówczas mieszkał, wracał mniej chętnie. Zamieszkał w hangarze klubowym na wyspie, gdzie pomieszkiwali różni ciekawi ludzie i z miejsca stał się stałym bywalcem różnych spotkań i imprez. Dodawał z pewnością kolorytu termu miejscu. Na wakacje przenosił się do Trzebieży, był instruktorem, żeglował, był wolny.

Na pewno myślał już wówczas o dalszych rejsach. W późniejszym czasie, w roku 1957, popłynął na „Zewie Morza” w pamiętny rejs do Narviku, ale pamiętam, że wykorzystywał każdą okazją, aby znaleźć się na pokładzie jachtu. Marzył już wtedy o wielkim, długim rejsie.  W ówczesnych warunkach było to niemożliwe do realizacji, zarabiał niewiele, ale nie przestawał mówić o swoich planach. Wtedy przyjmowano je z pewnym niedowierzaniem. M przy tym nieprawdopodobnie małe wymagania na co dzień, pomieszkiwał u wielu ludzi, a jego jedynym dobytkiem był plecak z książkami i śpiwór. Posiedział kilka dni u kogoś, potem znikał i przenosił się dalej, prowadził taki nieco koczowniczy tryb życia, ale nie narzekał, to był jego wybór. Mówił, że planował studia w Wyższej Szkole Morskiej, ale ostatecznie do egzaminów nie podszedł, bo -jak mawiał- miał słaby wzrok i lekkiego zeza. Uznał, że geologia także stwarza szansę na poznawanie świata, a to był jeden z jego życiowych celów. Pasował –jak mawiał- wszędzie, miał nieprawdopodobne umiejętności przystosowania się do warunków. Pracując w Instytucie Geologicznym miał bardzo wyrozumiałą szefową, tak wyrozumiałą, że kiedyś w grudniowy rejs ze Szczecina do Gdyni szalupą bez kabiny wraz z Januszem Misiewiczem popłynął w delegację, bo akurat miał coś do załatwienia w Trójmieście.

Ludomir Mączka w Szczecinie, 2005 rok. fot. Marek Słodownik

W roku 1955 Ludek przeniósł się do Szczecina i zamieszkał kątem u Wojciecha Jacobsona. Później oczywiście kolędował sprawiedliwie po znajomych, wszędzie był przyjmowany z otwartymi rękami. Zawsze starał się być pożytecznym, pilnował dzieci, gotował, choć z tym gotowaniem to były zazwyczaj próby jednorazowe, bo gospodarze miewali na ogół inne gusta kulinarne. Chyba wszystkich wokoło nawracał na czosnek, podczas rejsów dbał przede wszystkim o niego i ostre przyprawy. Gotował proste potrawy, wykwintna kuchnia to nie była nigdy jego bajka. Ale chętnie uczestniczył w zakupach w zagranicznych portach.

Nie lubił gotować, kiedy żeglował z Andrzejem Marczakiem i Wojciechem Jacobsonem na „Marii”, obowiązywała taka umowa, że Ludek gotuje w portach, a Andrzej i Wojtek w morzu.

Przez kilka lat był egzaminatorem żeglarskim, Ludek dużą wagę przykładał do umiejętności praktycznych kosztem teorii. I tak długo tłumaczył kursantom zawiłości aż uznał, że ci już rozumieją i sobie w przyszłości poradzą. Nie robił z egzaminów ceremonii, w ogóle nie przywiązywał dużej wagi do hierarchii, tytułów i stopni. To miało dla niego drugorzędne znaczenie.

Ludek znalazł się w załodze jachtu „Śmiały” w pamiętnym rejsie dookoła Ameryki południowej w latach 1965/1966. Był geologiem, a wyprawa miała charakter badawczy. Był już wówczas bardzo znaną postacią w żeglarskim świecie Szczecina. Dojechał do Buenos Aires i był oficerem na jachcie. Ten czas wspominał nie najlepiej, głównie przez postać kapitana, Bolesława Kowalskiego, z którym nie potrafił zbudować poprawnych relacji, ponieważ nie akceptował takiego stylu, autorytarnego, nadmiernej hierarchii i stosowanych norm w relacjach towarzyskich. Stosunki w załodze były na tyle napięte, że Ludek został oddelegowany do szycia żagli i robił to całymi tygodniami będąc wyłączonym z wacht. Dopiero wówczas, jak mówił, odetchnął.

Rodzina akceptowała jego wybory życiowe, a mama wprost go uwielbiała. Oczywiście pewnie boleli nad tym, że tak często i na długo wyjeżdżał, ale nie czynili mu z tego powodu zarzutów. Ciekawostką natomiast jest, że ze swoją rodzoną siostrą korespondował po hiszpańsku. Podczas rejsu na „Śmiałym” nauczył się hiszpańskiego i bardzo ten język polubił. Chcąc doskonalić swoje umiejętności właśnie siostrę, iberystkę z wykształcenia, wyróżnił tak niekonwencjonalną metodą kontaktu. Pisywali do siebie w tym języku przez lata.

Kapitan Mączka bardzo długo szukał odpowiedniego jachtu. Wiedział, czego chce, ale nie mógł trafić na odpowiednią jednostkę. Po powrocie z Zambii wybrał się nawet do Szwecji, aby tam wyszukać coś dla siebie, ale wciąż nie trafił na nic, co spełniałoby wszystkie kryteria. Wreszcie dostał wiadomość, że w Trójmieście Jerzy Mańkowski zbudował drewniany dwumasztowy jacht. Pojechał z Andrzejem Marczakiem i od razu wiedział, że to odpowiednia łódka, do tego dwumasztowa, co przy nielicznej załodze bardzo ułatwia operowanie żaglami. Zwykł też mawiać, że pomiędzy masztami jest dużo miejsca na hamak. Informację o możliwości zakupu „Marii” dostał od Danuty Zjawińskiej, pracownicy PZŻ, później zaprosił ją na ceremonię chrztu jachtu w roli matki chrzestnej. Dla Jurka Mańkowskiego był to trzeci podobny jacht zbudowany własnymi rękami, poprzednie zostały sprzedane za granicę, jeden do Szwecji, drugi do Francji.  Jeszcze przed wyruszeniem w rejs pan Kapitan zapraszał przyjaciół na pokład oferując im miejsce. Z jego propozycji skorzystał Wojciech Jacobson, Jurek Boehm, Antoni Jerzy Pisz, Andrzej Marczak, Kazimierz Jasica, Marek Kowalski i wielu innych. Jeszcze podczas rejsu nawiązał współpracę z Januszem Kurbielem, która zaowocowała rejsem z Francji przez Alaskę do Kanady i późniejszy rejs przez lody Przejścia Północno-Zachodniego.

Ludek Mączka (z prawej) w towarzystwie Wojciecha Jacobsona. fot. archiwum Wojciecha Jacobsona

Po rejsie przez Przejście Północno-Zachodnie Ludek wrócił jeszcze na pokład „Marii”, w 1991 roku z Le Havre do Polski przypłynął na Sailing Jamboree organizowane przez Andrzeja Piotrowskiego. Później popłynął ze Szczecina przez Cieśninę Magellana do Nowej Zelandii i tam musiał zejść z jachtu z powodów zdrowotnych. Rejs Szlakiem Magellana dokończył Maciej Krzeptowski. Ludek wierzył, że na „Marię” jeszcze wróci, ale stan jego zdrowia bardzo się pogorszył. Przeszedł kilka operacji ortopedycznych, miał kłopoty z chodzeniem, ale wierzyć nie przestawał. Niestety, w żaden dłuższy rejs już na swojej „Marii” nie popłynął.

Był niezwykle towarzyski, podczas rejsów Ludek w każdej nowej marinie wsiadał w bączek i odwiedzał wszystkie sąsiednie jachty. Już nazajutrz znał wszystkich i wszyscy znali jego; wymieniał się książkami i informacjami, plotkował, przesiadywał u innych, bardzo lubił takie życie.

"Maria" Ludomira Mączki dziś żegluje z młodzieżą na pokładzie. fot. Kapitel/ Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International license.

Edukacja i kariera zawodowa:

Ukończył studia  geologiczne na Uniwersytecie Wrocławskim i zgodnie z wykształceniem pracował w Geoprojekcie. Profesor Alfred Jahn, wybitny uczony i późniejszy rektor Uniwersytetu Wrocławskiego, wspominał kiedyś, że oferował Ludkowi asystenturę, ale ten, po długim namyśle, wybrał jednak żeglarstwo. Wyjazdy do Mongolii w ramach Polskiej Ekspedycji Geologicznej organizowanej przez Przedsiębiorstwo Geologiczne w Krakowie to była okazja do poznania świata. Ludek widział to po swojemu, pokochał ten kraj, miał tam nawet swojego konia i spędzał mnóstwo czasu na górskich włóczęgach. To bardzo romantyczny czas w jego życiu. Później był zawodowy wyjazd do Zambii i kilkuletni pobyt na kontrakcie.

- Jego znajomy, Jan Wróblewski, poszukiwał geologa do badań i wysłał mu oficjalne zaproszenie. Mączka pojechał do Polservice’u, który wówczas pośredniczył w zatrudnianiu Polaków za granicą i wywołał wielkie zdziwienie wśród tamtejszych urzędników, którzy tłumaczyli mu, że to oni są od wysyłania, a potencjalni pracownicy powinni cierpliwie czekać na oferty. Ludek po prostu wyciągnął imienne zaproszenie i w kilka tygodni miał załatwiony lukratywny kontrakt w Zambii, gdzie spędził 3 lata.

Kiedy później na pokładzie „Marii” dopłynął do Australii, był bez groza przy duszy. Zatrudnił się jako pomocnik spawacza, co w praktyce oznaczało, że w ponad 30-stopniowym upale czyścił z rdzy rury szykowane do spawania. Męczarnia, ale Ludek musiał wytrzymać. Później w Auckland pracował przy rozładunku bananów, ale najlepszą robotę miał –jak sam mawiał- na Tasmanii, gdzie pracował przy konserwacji zieleni miejskiej. Mówił po latach, że chodził niespiesznie po parkach, przyglądał się przyrodzie i zewsząd słyszał, żeby się nie przepracowywał.

Ceremonia wręczenia Nagrody Super Kolosa Ludomirowi Mączce w Krakowie. fot. Marek Słodownik

Zupełnie nie przywiązywał uwagi do nagród i zaszczytów, dla niego miało to znaczenie absolutnie drugorzędne. Większości z tych nagród nie odebrał nawet osobiście, oczywiście nie z powodu swojego nastawienia, ale ponieważ zazwyczaj w tym czasie był w rejsie. Jedną z ważniejszych nagród, którą odebrał był Super Kolos, przyznany mu w Krakowie za całokształt życiowej drogi.

Pomnik Ludka Mączki w centrum Szczecina. fot. Kapitel/ Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International license.

fot otwierające: archiwum Wojciecha Jacobsona

Add a new location

×